Logo Led Zeppelin


Strona główna
AktualnoPci
Historia
Biografie
Galeria
Cytaty
Dyskografia
Koncerty
Ciekawostki
Recenzje
Artykuły
Wywiady
Teksty
Tłumaczenia
Download
Forum
Księga Gości
O Autorze
Linki
E-mail
 
 
 
Ustaw stronę jako startow+/-
Wywiad z Johnem Paulem Jonesem
 

Z Johnem Paulem Jonesem rozmawiał Wiesław Weiss.


Co sprawiło, że po kilku latach pracy muzyka sesyjnego zdecydowałeś się porzucić takie życie i zostać członkiem zespołu Led Zeppelin?

Byłem wypalony. Pracowałem tak ciężko! A granie stawało się czymś coraz bardziej mechanicznym. I wtedy moja żona przeczytała w piśmie "Disc", że Jimmy Page zakłada nowy zespół. Zapytała: "Dlaczego do niego nie zadzwonisz?" Ale próbowałem się bronić. Uważałem, że praca w zespole wymaga mnóstwa ciężkiej pracy. Jednakże żona nie przestała mnie namawiać. I ostatecznie sięgnąłem po słuchawkę i wykręciłem jego numer. Zapytałem, jakich muzyków już ma. Odparł, że nie ma jeszcze nikogo. Ale że zamierza właśnie przesłuchać pewnego wokalistę (chodzi oczywiście o Roberta Planta, który z kolei polecił do grupy Johna "Bonzo" Bonhama - przyp. ww). I że powie mi, co z tego wynikło. Reszta to już historia (śmiech).

Jimmy Page wyznał w jednym z wywiadów, że czas narodzin Led Zeppelin był dla całej waszej czwórki okresem przypływu natchnienia. Czy i ty tak to pamiętasz?

O tak! Dodałbym też, że był to dla nas okres zaczłyśnięcia się wolnością. Obaj, ja i Jimmy, wywodziliśmy się ze świata sesji, gdzie muzyk nie ma nic do gadania - musi grać, co mu każą (śmiech). Może trochę przesadzam - mieliśmy jakiś zakres swobody, ale niezbyt wielki. W każdym razie nagle mogliśmy robić to, na co mieliśmy ochotę. Możliwość grania muzyki, która byłaby interesująca i która w naszym odczuciu mogłaby zaciekawić ludzi, okazała się czymś niezwykle miłym. Mogliśmy próbować wszystkiego. A było z czego wybierać, ponieważ jako muzycy sesyjni musieliśmy opanować całe mnóstwo stylów. Gdy zaś dołączyli Robert i John, wnieśli własne zainteresowania i umiejętności. Muzycznie był to więc niezwykle interesujący punkt wyjścia do wspólnych poszukiwań.

Czytałem niedawno książkę Terry'ego Rawlinga o Ronniem Woodzie. Wiele miejsca poświęcono w niej Peterowi Grantowi, przed laty menażerowi The Jeff Beck Group, w której grał Wood, a później oczywiście Led Zeppelin. Autor ukazał Granta jako postać, delikatnie mówiąc, niezbyt sympatyczną. Jaki był Peter Grant naprawdę?

Wiem, że wiele osób twierdzi dziś, że był dla nich okropny. Ale wiesz, moim zdaniem, jeśli traktował kogoś podle, to zazwyczaj miał powód. Pamiętaj, że w tamtych czasach podczas tras, zwłaszcza podczas tras po Stanach, człowiek stykał się z wieloma podejrzanymi typami. Na przykład gość ściągał cię na koncert, a potem mówił ci wprost, że nie dostaniesz ani grosza. I Peter Grant był facetem, który nie odpuszczał łobuzom. Domagał się, by traktowano nas, jak należy, płacono nam zaraz po wykonaniu roboty i w ogóle wszystko robiono we właściwy sposób. Wiele osób próbowało go oszukać. Nie pozwalał na to. Jak trzeba, dawał gościowi wycisk. Natomiast dla nas był jak ojciec. Naprawdę. Stworzył nam niezwykle dogodną sytuację - zajmowaliśmy się wyłącznie muzyką, nie musieliśmy myśleć o innych sprawach. On przejął wszelkie kwestie biznesowe i zajmował się nimi bardzo umiejętnie. A jeśli widział, że ktoś chce nas orżnąć, rzeczywiście potrafił być nieprzyjemny.

Jak wielki wpływ wywarł twoim zdaniem na Led Zeppelin?

Ogromny. Nie da się przecenić jego wkładu w karierę zespołu. Sposób, w jaki pokierował jego działalnością koncertową, odegrał kluczową rolę w sukcesie Led Zeppelin. W ogóle nie wtrącał się do muzyki. Nie przypominam sobie, by przyszedł do nas i powiedział: "Zrobiliście dobry kawałek". Albo: "Ten utwór nie bardzo mi się podoba". Nigdy nie pozwoliłby sobie na stwierdzenie: "Nie nagrywajcie tego". Albo: "Zróbcie więcej muzyki w tym stylu". Nie ośmieliłby się. I ja osobiście doceniałem artystyczną wolność, jaką mieliśmy w Led Zeppelin. Nie potrafiłbym już funkcjonować jako muzyk na innych zasadach. Dlatego nagrywam dziś dla firmy takiej jak "Discipline Global Mobile" Roberta Frippa, bo mam w niej zapewnioną całkowitą swobodę. A wracając do Petera Granta - był nieodłącznym elementem łamigłówki, piątym członkiem Led Zeppelin.

Powiedziałeś kiedyś o Led Zeppelin: "Nigdy nie spędzaliśmy ze sobą czasu. Pewnie dlatego zespół przetrwał zą tyle lat". Czy mógłbyś wyjaśnić to szerzej?

Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu podczas tras, ale gdy wracaliśmy do Anglii, właściwie się nie widywaliśmy. Być może Robert i John widywali się częsciej, ponieważ mieszkali obok siebie. Ale Jimmy i ja nie spotykaliśmy się, gdy nie byliśmy w trasie. Natomiast muzycy wielu innych zespołów, jakie wtedy działały, chociażby Traffic, właściwie się ze sobą nie rozstawali, zdarzało się nawet, że mieszkali razem, w jednym domu. I kiedy ruszali w trasę, nie mogli na siebie patrzyć (śmiech). Z nami było inaczej. Kiedy po przerwie spotykaliśmy się na lotnisku, cieszyliśmy się, że jesteśmy razem i znowu wyruszamy na podbój świata. A kiedy tournee dobiegło końca, podawaliśmy sobie ręce i mówiliśmy: "Do zobaczenia za kilka tygoni, do następnych koncertów". I myślę, że to rzeczywiście pomagało nam przetrwać jako zespołowi. Moim zdaniem rozstanie na jakiś czas jest czymś zdrowym.

Byłeś współtwórcą wielu słynnych kompozycji Led Zeppelin. Czy mógłbyś opowiedzieć na przykładzie kilku z nich, jak rodziły się pomysły utworów Led Zeppelin? Zacznijmy od "Celebration Day"...

Najpierw był riff wymyślony przez Jimmy'ego, grany na pedal steel guitar. Ja z kolei miałem wtedy gitarę basową, którą przerobiłem na rodzaj pedal steel bass - brzmiała, jakbym grał na niej techniką slide. I wykorzystałem właśnie w "Celebration Day". Na początku utworu słychać więc dwie gitary stalowe. "Celebration Day" narodziło się z tego naszego grania na gitarach stalowych. Większość rzeczy Led Zeppelin, chociażby "Whole Lotta Love", powstała w taki sposób - z jamowania. A kiedy mieliśmy już muzykę, Robert dopisywał do niej tekst.

A jak było z "No Quarter"?

Kupiłem wtedy nowy fortepian (śmiech). Nie mogłem się nim nacieszyć, grałem całymi godzinami i z tego grania narodziła się melodia "No Quarter". Mroczna, przesycona tajemniczą aurą... Później, w studiu, zagrałem ją na fortepianie elektrycznym, ale wymyśliłem ją przy zwykłym fortepianie. Także w tym przypadku najpierw była muzyka, a dopiero później Robert dopisał do niej tekst.

Powiedz mi jeszcze, jakie źródło miał utwór "Carouselambra"?

Podobnie jak "No Quarter" narodził się z fascynacji instrumentem, w tym przypadku Yamaha GX-1. To ogromna machina, z trzema klawiaturami, mnóstwem pokręteł... Włsściwie niemal cały repertuar tego albumu (chodzi o "In Through The Out Door" - przyp. ww) stworzyłem ja z Robertem. A stało się tak dlatego, że pozostała dwójka spóźniła się na próby. Tylko ja i Robert stawiliśmy się na czas. Oprócz nas nie było nikogo. Zamiast więc siedzieć i zbijać bąki, zaczęliśmy razem tworzyć. I kiedy Jimmy i John do nas dołączyli, powstało już całe mnóstwo muzyki i tekstów. W tym "Carouselambra". Pamiętam dokładnie moment stworzenia tej kompozycji - był wieczór, padał deszcz...

Wielu wykonawców sięgnęło po utwory Led Zeppelin, ale nikomu chyba nie udało się zaproponować wersji o sile wyrazu, jaką miały pierwowzory. Jak myślisz, dlaczego?

Ponieważ wykonanie było nieodłączną częscią tych utworów. Led Zeppelin stanowiło cztery osoby. I każda z tych osób odciskała na muzyce silne piętno. Moim zdaniem właśnie wykonanie czyniło tę muzykę czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym. Poszczególne partie osobno, choćby gra sekcji rytmicznej, ale też sposób, w jaki wszystko się ze sobą wiązało. Musiałeś być Led Zeppelin, aby wykonać utwór Led Zeppelin. Nie odbieram innym prawa do interpretacji naszej muzyki. Ale nie ma mowy, by interpretacja była tym, co wykonanie oryginalne.

Pokolenie punku odwróciło się od Led Zeppelin, nazywając zespół rockowym dinozaurem. Jaki był twój stosunek do punku w chwili jego eksplozji, w 1976 roku? I co sądzisz o punku dzisiaj?

Interesujące pytanie. Gdy po raz pierwszy usłyszałem punk, odniosłem się do niego z nienawiścią. To brzmiało jak muzyka wszystkich tych beznadziejnych zespołów, które znałem jako dzieciak. Dopiero później zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. I punkowa postawa jak najbardziej mnie przekonywała. Podobał mi się też ładunek energii, jaki był w tej muzyca. Ale pod względem artystycznym całe to zjawisko mnie odrzucało. Przyznam jednak, że dziś, po latach, odnoszę się do punku z większą dozą życzliwości (śmiech). Nie ulega też dla mnie wątpliwości, że eksplozja punku była czymś, co musiało nastąpić. Musiał pojawić się ktoś, kto wymiótłby to, co obumierało. Przyznam też, że punk miał wpływ na twórczość Led Zeppelin w ostatnim okresie działalności. Źródła punku i źródła naszej twórczości były zresztą te same. I gdy dziś się czasem zastanawiam, dlaczego na samym początku punku odniosłem się do niego z taką nienawiścią, myślę, że powodem był pewnie fakt, iż byli lepsi od nas z okresu, gdy zaczynaliśmy (śmiech). A byli przecież dopiero na początku drogi, którą my zmierzaliśmy już wtedy od dawna.

Jimmy Page przyznał w jednym z wywiadów, że był zawiedzony okładką płyty "Led Zeppelin III"...

Która to okładka?

Z obrotowym kołem...

Ach, ta.

Czy mógłbyś z kolei powiedzieć, która spośród okładek płyt Led Zeppelin tobie podoba się najbardziej?

Wiesz, nie przypominam sobie ich wszystkich... Okładka "Physical Graffiti" była dość zabawna... Ale przyznam, że oprawa graficzna naszych płyt nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Autorem był zazwyczaj ktoś spoza zespołu. W dodatku rzecz powstawała na samym końcu, kiedy płyta była już gotowa...

Jakim przeżyciem było dla ciebie grać z Led Zeppelin po latach - podczas Live Aid i na koncercie z okazji czterdziestolecia wytwórni Atlantic?

Podobało mi się. Występ podczas czterdziestolecia wytwórni Atlantic fatalnie zabrzmiał w telewizji. Chociaż to, co słyszeliśmy my sami na scenie, wypadło świetnie. Przypuszczam, że niektóre mikrofony podłączono w przeciwfazie. W rezultacie w telewizji prawie w ogóle nie było słychać basu i najniższych dźwięków bębnów. Ale na scenie, jak powiedziałem, brzmiało to bardzo dobrze. I zabawa była przednia. Bardzo mi się podobało. Utwory Led Zeppelin to zresztą świetne kawałki. Niektóre nadal wykonuję podczas solowych koncertów. Sprawia mi to wiele radości.

Jak myślisz, dlaczego Jimmy Page i Robert Plant nie zaprosili cię do wspólnego grania, gdy w 1995 roku zdecydowali się odnowić współpracę?

Nie mam pojęcia. I szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że mnie zaproszą. Pierwotnie zamierzali tworzyć razem nową muzykę. Nie miało to więc nic wspólnego ze mną. Nie był to powrót Led Zeppelin. Nie chcieli więc, by wyglądało to jak powrót Led Zeppelin. Ostatecznie zaczęli wykonywać mnóstwo utworów Led Zeppelin, ale pierwotnie plan był inny. I taki pewnie był powód. Nie miało to nic wspólnego ze mną. Ja pracowałem w tym czasie z Diamandą Galas.

Czy gdyby dziś zaprosili cię do wspólnego grania, zgodziłbyś się?

Wydaje mi się, że jest już na to za późno. Zbyt długo robię rzeczy po swojemu (śmiech).

Źródło: Teraz Rock

 


Zdjęcie tygodnia

Symbol Jimmy'ego Page'a
Symbol Johna Paula Jonesa
Symbol Johna Bonhama
Symbol Roberta Planta


  Strona poPwięcona zespołowi Led Zeppelin  (c)  by Plaster 2003